Andaluzja – ojczyzna flamenco i słonecznych plaż

image_24558Nigdy więcej autokarem do Hiszpanii!!! To była pierwsza myśl, gdy w 1998 roku w grupie innych Polaków spragnionych wczasów na zatłoczonych hiszpańskich riwierach tłukłam się przez dwa długie dni i noce autokarem, by dotrzeć na wymarzone Costa del Sol obfitujące w  zabytki kultury Maurów, a konkretnie do wytęsknionej, znanej wcześniej tylko z książek, śniącej mi się po nocach od kiedy usłyszałam jedną z piosenek The Doors intrygującej zapachami i egzotycznymi uprawami Andaluzji.
O tak, „Andaluzija again and again” powtarzałam w snach jak mantrę słowa Morrisona, po tym gdy usłyszałam „Spanish Caravan” The Doors, piosenkę, w której właśnie pojawia się Andaluzja. Z krainy tej, jak prześledziłam mapę, blisko do La Manchy, a więc miejsca, z którego Don Kichot Cervantesa, o którym czytałam i w szkole średniej i na studiach wyruszył na walkę z wiatrakami. Koniecznie chciałam tam być. I w La Manche i w Andaluzji. Zwłaszcza, że ojczyzna flamenco i corridy, a za taką uważana jest Andaluzja, jawiła mi się jako cudowna kraina w południowej Hiszpanii, gdzie zawsze można poznać codzienne życie obywateli tego kraju no i skosztować prawdziwego słońca, które w okresie letnim jest tu gwarantowane. Wszak nie bez powodu wybrzeże Andaluzji nazwano Costa del Sol – a więc Słonecznym Wybrzeżem.  

Hiszpania – z  miłości do słów i dźwięków

Tak, moją pierwszą wycieczkę do Hiszpanii, do Andaluzji zawdzięczam miłości do książek i fascynacji muzyką i słowami piosenek The Doors. To “Spanish Caravan” mnie tu przywiódł. I tak się dosłownie czułam, gdy wreszcie autokar zatrzymał się pod hotelem w Maladze, gdzie przez 12 dni miałam korzystać z wersji all In clusive, jaką zagwarantowały mi wykupione w wersji  last minute wczasy w Hiszpanii. Czułam się jakbym przybyła karawanem, w dodatku rozklekotanym. A autokar jak na tamte czasy (1998 rok) był naprawdę luksusowy i wypasiony. Jednakże wysiadając po swoją walizkę zawierającą jak to każda babska walizka 5 razy więcej letnich ciuchów niż ustawa przewiduje, czułam jak boli mnie każdy fragment mojego ciała. Nocleg w autokarze to po prostu koszmar. Jakkolwiek by on luksusowy nie był.

Nigdy więcej tak daleko autokarem! – przysięgłam sobie, gdy połamana, pogięta i pomięta taszczyłam walizkę (bez kółek! Wtedy jeszcze nie były w Polsce popularne) do hotelu. Taszczyłam, zamiast pobiec przywitać się z morzem (i sprawdzić czy szumi), które od hotelu, gdzie miałam zostać zaraz zakwaterowana, dzieliło jedynie 60 metrów. Nie sądziłam, że gdy stanę wreszcie na andaluzyjskiej ziemi, jedyne o czym będę marzyła, to… łóżko. Położyć się w łóżku i wyspać. Byłam tak zmęczona, że nawet nie odurzył mnie zapach przyrody i rozgrzanych słońcem pomarańczowych drzewek, które jednym rzutem oka na okolicę dostrzegłam.

Okno na Morze Śródziemne
W hotelu, gdy dotarłam już do swojego pokoju, ku radości przywitałam się z morzem z balkonu i zapadłam w prawdziwy sen, który trwał od rana aż do późnych godzin wieczornych, bo przespałam kolację, którą wczasowicze z Polski długo jeszcze wspominali w hotelowym barze.

Tak to jest, gdy człowiek ma ograniczone fundusze i możliwości. Myślałam i z zazdrością patrzyłam na dwie Czeski w moim wieku, które przyleciały tu z Pragi samolotem. – Kurcze-  pomyślałam. – Dlaczego nie ja? Dlaczego ja musiałam się tarabanić na kraniec Europy przez tyle godzin. Czas spędzony w autokarze naprawdę dał mi w kość.
Wtedy to postanowiłam, że dalekie wojaże po Europie to albo własnym samochodem z noclegami po drodze do miejsca docelowego, albo absolutnie samolotem, którego ceny były wówczas niedostępne na przeciętną Polską kieszeń. Czartery także były wówczas kosmicznie drogie.

Andaluzja – koniecznie trzeba tu wrócić

Ale wiedziałam, że muszę tu wrócić. Bo trzy wycieczki fakultatywne po okolicy nie zaspokoją mojej chcicy na prawdziwe poznanie Andaluzji. A na to miałam zdecydowanie większą ochotę niż wylegiwanie się na zatłoczonych plażach Costa del Sol i zwiedzanie Malagi (samego miasta,  na prowincje wówczas wypuściłam się ze dwa razy, po to by spróbować oryginalnego hiszpańskiego jedzenia, a nie typowo śródziemnomorskiego, które dostępne było w hotelu i okolicznych restauracjach) którą w tym okresie poznałam dość dobrze. Ale o samej Maladze, stolicy prowincji o takiej samej nazwie, mieście leżącym u wybrzeża Morza Śródziemnego i podnóża Gór Betyckich, zamieszkałym przez 560 tys. mieszkańców napiszę kiedyś oddzielnie. Malaga to temat na długi odrębny artykuł, bo miasto koniecznie warto poznać będąc na wczasach na Costa del Sol. Jest intrygujące, a poza tym to w nim na świat przyszedł słynny malarz Pablo Picasso oraz bożyszcze kinka hiszpańskiego Antonio Banderas.

Malaga to wiele ciekawych zabytków (choć nowoczesność przeplata się tu z historią, co niektórych może nieco razić), ogromna plaża (niestety bardzo zaludniona i… zdarza się, że bywa brudna) i arena do corridy. Corrida bowiem też narodziła się w Andaluzji, o której miałam pisać.  No więc wracam do tematu…
To, że Andaluzja jest wspaniała czułam przed rokiem 1998, zanim tu pierwszy raz dotarłam. Ale przekonałam się o tym kilka lat później, gdy udało mi się także „trafić” dwutygodniowe wczasy w tym regionie, tym razem z zagwarantowanym przelotem samolotem, a nie autokarem.
Samolotem do Malagi…
No właśnie… Gdy z niego wysiadałam na lotnisku w Maladze, pomyślałam, że jestem dozgonnie wdzięczna za ostatnie przemiany, jakie dokonały się w Polsce. Że udało się mimo malkontentów wejść w struktury unijne i ułatwić Polakom przemieszczanie się po ich kontynencie, a także i świecie.
Pomyślałam – dziękujemy Ci Unio Europejska, że zgodziłaś się łaskawie na przyjęcie Polski w swe struktury, dzięki uwolnieniu cen, tym razem bez problemów możemy przemieszczać się niemalże po całym świecie. I to samolotami. Kto by pomyślał, jeszcze 15 lat temu, że loty staną się tak popularne, że do Polski wkroczą tanie linie lotnicze, że będzie można bezproblemowo zabukować bilet na lotnisko w Maladze (przez Internet!!!) i wybrać się o każdej porze roku do Andaluzji, czy w inne regiony świata. Że będzie można przylecieć tu naprawdę za parę złotych – pod warunkiem, że się oczywiście dobrze prześledzi oferty przewoźników i biur podróży, jako ja często czynię.
Cudownie, że stało się jak się stało. Z lotniska w Maladze odbył się transfer do hotelu, gdzie zostałam zakwaterowana. Wiedziałam, że te wczasy będą inne. Nie potrzebowałam smażyć się na dochodzących do 40 stopni Celsjusza piekącym słońcu. Potrzebowałam zagłębić się w Andaluzji. To dlatego wynajęłam samochód i postanowiłam poznać krainę, gdzie krajobraz wypełniają uprawy pomarańczy, oliwek, winorośli, migdałów czy nawet ryżu i ich przenikające się zapachy. Malaga i pobliski Gibraltar z lotniskiem, którego pas startowy przecina się z miejską ulicą, z którego przysłowiowy rzut beretem mamy do Maroka… Dwa tygodnie na hiszpańskiej ziemi. Wiedziałam, że to za mało, by ojczyzna flamenco została zdobyta, ale wystarczająco dużo, by móc poczuć jej smaki i życie.

Ale o tym więcej, w kolejnym hiszpańskim wpisie.

Share this Post:
Digg Google Bookmarks reddit Mixx StumbleUpon Technorati Yahoo! Buzz DesignFloat Delicious BlinkList Furl

No Responses to “Andaluzja – ojczyzna flamenco i słonecznych plaż”

Leave a Reply:

Name (required):
Mail (will not be published) (required):
Website:
Comment (required):
XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>